autor: Iwona Stańczak
Irlandia w Wielkowie,
trup w ogródku i miłość w tle

Młodsze następczynie twórczości Katarzyny Grocholi wzięły pióra w dłonie i tworzą. Wniosek taki nasuwa się po przeczytaniu książki Olgi Rudnickiej „Czy ten rudy kot to pies”. Powieść jest pasmem absurdów, czemu daje początek sam tytuł, jest to bowiem niczego niedotyczący cytat z wypowiedzi jednej z bohaterek, Buni, starszej pani cierpiącej na Alzheimera, z trudem wyrażającej własne myśli. Fabuła nie porusza, nie ma w sobie nic ciekawego, jest to typowe „babskie czytadło” dotyczące życiowych przygód bohaterki Uli, a także świata i otoczenia, w którym ta się znajduje. Nieudany romans z szefem, nieudany wyjazd do Irlandii, przypadkowe zatrzymanie i mieszkanie z kompletnie obcą sobie dwójką facetów. W tle jak zwykle w takich książkach nierozwiązana zagadka z przeszłości, mroczna tajemnica z wątkiem kryminalnym i rodząca się miłość, ot tak z zaskoczenia. Scenariusz typowy dla tego typu literatury. Już sama okładka kojarzy się z tanim romansidłem dokładanym jako bonus do tygodników dla gospodyń domowych. Niespełna trzydziestoletnia Ulka wdaje się w romans z szefem. Związek ten okazuje się pomyłką, bohaterka traci pracę i, tak jak w większości tego typu książek, jest to punkt zwrotny w jej życiu. Postanawia udać się w długą podróż do Irlandii, by odpocząć czy raczej uciec od problemów. Wszystko jednak od początku idzie nie tak: współpasażerowie to ludzie w podeszłym wieku, na dworcu Ulce prawie ucieka autobus, traci bagaż, podróż przesypia, a jej ostatnim przystankiem, zamiast pięknej Irlandii, okazuje się wieś na końcu Polski. To nie koniec przygód. Na miejscu młoda dziewczyna zostaje zatrzymana przez policjanta Mariusza, który bierze ją za oszustkę poszukiwaną listem gończym i zatrzymuje w areszcie.. Nie są to przygody typowej trzydziestolatki. Jakby tego było mało, po wyjaśnieniu sprawy domniemanych oszustw, Ula zatrzymuje się u wspomnianego policjanta i jego brata-Sławka, poznaje są sąsiadkę braci, Stenię, i jej babcię, mającą kłopoty z pamięcią kobietę, która wciąż bierze Ulę za kogoś, kim nie jest. W miarę rozwoju przyjaźni, wspólnego mieszkania, wychodzi na jaw sprawa zniknięcia przed laty brzemiennej ciotki Mariusza i Sławka, rzekomo zakopanej przez ich ojca w ogródku. Ula jak przystało na bohaterkę tego typu powieści postanawia za wszelką cenę rozwikłać zagadkę. Do pomocy zaprasza Przemka, prywatnego detektywa, który prowadzi sprawę odnalezienia rodziców przyszłej bratowej Uli, Beaty, Nieoczekiwanie okazuje się, ze te dwie sprawy mają ze sobą wiele wspólnego, bowiem zaginiona matka Beaty i domniemana denatka zakopana w ogródku to ta sama osoba, a Sławek i Mariusz są kuzynami Beaty. Powieść jest kontynuacją pierwszej książki Olgi Rudnickiej „Martwe Jezioro” poświęconej w całości losom wspomnianej wcześniej Beaty. Przyznaję jednak, że po przeczytaniu tej książki nie czuję niedosytu z powodu nieznajomości treści „Martwego Jeziora”. Historia Uli stanowi odrębną rzeczywistość, w którą losy Beaty są delikatnie wplecione. Jak wspomniałam we wstępie nie można się oprzeć wrażeniu, że Rudnicka powiela schemat prozy, przeżywającej w ostatnich latach swój triumf. Nie nazwałabym tej książki ani ciekawym kryminałem, ani płomiennym romansem. Jak możemy dowiedzieć się z okładki, literackim mistrzem Rudnickiej jest m.in. Stephen King, autorce na razie bardzo daleko, co oczywiste, do takiej sławy, ale i do takiego kunsztu. Podsumowując: choć książkę czyta się szybko i lekko, to jednak nie zachwyca niczym szczególnym. Mnie nie urzekła, nie wróciłabym do niej i nie sięgnęłabym też po poprzednią publikacje Rudnickiej, po przeczytaniu „Czy ten rudy kot to pies” potrafię doskonale wyobrazić sobie, na co natknęłabym się w trakcie lektury „Martwego Jeziora”.
Olga Rudnicka,
Czy ten rudy kot to pies,
Wyd. Prószyński i S-ka,
Warszawa 2009.

Zabawny kryminał dla osób ze słabym sercem
Koktajl kryminalno–romansowy
