Tag: internet

czwartek, Sierpień 5th, 2010

Inne recenzje w sieci

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/ksiazka_nad_jezioro_105320.html

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/54449/zacisze-13

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/54450/zacisze-13-powrot

http://hiliko.blox.pl/2010/02/Olga-Rudnicka-Zacisze-13.html

http://www.booksandlive.com/2009/10/zacisze-13-olga-rudnicka.html

Tags: , ,

czwartek, Sierpień 5th, 2010

Klub MOrd

Olga Rudnicka dla Klubu MOrd
Jesteś bardzo młoda, a wydałaś już cztery książki. Jak to się stało, że zaczęłaś pisać i dlaczego akurat kryminały?

Zawsze miałam wybujałą wyobraźnię. Jako dziecko kolekcjonowałam pudełka. Były to pudełka po zapałkach, herbacie expressowej (nie zawsze czekałam aż będzie puste, czego efekt na ogół było słychać w całym domu), cukierkach. W pudełkach były klocki, zwierzątka, żołnierzyki, samochodziki, główki od lalek Barbie (z jakiegoś nie znanego mi bliżej powodu reszta nie była mi potrzebna) i małe gumowe kucyki pony. Szafka ta tworzyła odrębny świat przeze mnie użytkowany i starannie pielęgnowany. Podobno potrafiłam siedzieć w tej szafce kilka godzin rozmawiając z postaciami ze stworzonego przeze mnie świata. W okresie późniejszym, jako nastolatka zaczęłam spisywać swoje sny. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam. Kilka razy udało mi się napisać opowiadanie i tak jak świat w szafce był zupełnie mój, tak samo pisane przeze mnie utworki były moje własne, prywatne. Nie wiem, czy można to uznać za początek pisania? Mój polonista pewnie by się z tym nie zgodził. Na polskim na ogół czytałam książkę pod ławką albo wcinałam kanapki. Jedno z opowiadań rozrosło się do formatu „Martwego Jeziora”, ale pisząc je, nie myślałam o tym, żeby je gdzieś wysłać. To był impuls i zupełny przypadek. Miałam szczęście. Dlaczego kryminały? Nie wiem. Tak do końca nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. W głowie rodzą się postacie, tworzy się historia i powstaje powieść. Na razie kryminał, ale nie wykluczam innych form.

Opowiadałaś mi zabawną historyjką związaną z wydaniem Twojej pierwszej książki. Możesz ją powtórzyć?

Wydanie powieści to dla mnie cud i to nie tylko dlatego, że mi się udało. Pomijając kwestie takiej natury, jak brak wiary we własne umiejętności (jestem pewna, że wielu ludzi pisze wspaniałe rzeczy i nie ma szczęścia po prostu), wysłałam powieść w zupełnie w niewłaściwej formie do niewłaściwej osoby! Nie wiem czy się tłumaczyć roztargnieniem, galopującą głupotą czy innymi względami podobnej natury, ale nie zauważyłam, że jak wysłać książkę to link i należy się do niego pofatygować. Wysłałam więc powieść e-mailem zamiast w postaci maszynopisu, i to w dodatku do pierwszej osoby, której nazwisko w oko mi wpadło. Na szczęście był to kierownik działu literatury polskiej i z nieznanego mi powodu książkę przeczytał. Sam mnie później poinformował, że na ogół kasuje takie e-maile. Dlaczego przeczytał? Nie wiem, ale będę wdzięczna do końca życia. W moim przypadku naprawdę sprawdzają się powiedzenia: głupi ma szczęście i więcej szczęścia niż rozumu.
Na początku nie zorientowałam się, że strzeliłam taką gafę. Kiedy dostałam e-mail od tego właśnie redaktora z prośbą o kilka słów o autorze, czyli o mnie, spanikowałam. Sama informacja, że w ogóle rozważają wydanie jakoś o mnie nie dotarła. Pojawił się dylemat: co tu napisać? Najtrudniej pisać o sobie, zwłaszcza jeśli trzeba napisać coś dobrego. No nic. Napisałam, starannie kombinując, żeby nie podać mojego wieku lat 19. Do 20-ego roku życia brakowało mi dokładnie 20 dni, a jakoś zawsze te 20 lat lepiej brzmi niż 19. Minęły kolejne dwa dni, a tu znowu prośba o informacje o mnie, kształtem przypominająca CV. Postarałam się znowu tak namotać, żeby tylko data moich urodzin umknęła czujnemu oku redaktora. A jak zobaczą taką małolatę? I wtedy co? Od razu do kosza? Nikt tego nie przeczyta?
O tym, że strzeliłam gafę dowiedziałam się podczas mojego pobytu w Warszawie, kiedy ten właśnie redaktor nie poinformował, że niewiele brakowało a mój e-mail z tekstem wylądowałby w koszu, bo on to się właściwie nie zajmuje nowymi tekstami i tak sobie tylko z ciekawości przeczytał. Nogi się pode mną ugięły…

Jakich autorów kryminałów – polskich i zagranicznych – cenisz najbardziej?

Zaznaczam, że obecnie mam 21 lat, we wrześniu skończę 22, i choćby z powodu mojego wieku, mój zasób oczytania nie jest tak szeroki jak bym chciała. Czytam jednak dużo, przynajmniej się staram, sięgam po różne rzeczy, od Żeromskiego poczynając, którego lubię od szkoły średniej, poprzez Meg Cabot a na Stephenie Kingu kończąc. Jeśli chodzi o kryminały to z polskich zdecydowanie Joanna Chmielewska. Kocham jej „Harpie” i „Krowę niebiańską”. W domowej biblioteczce mam kilkanaście jej książek, ale tych tzw. nowszych jak określane są jej powieści z ostatnich lat. Dlatego zwróciłam się z ciekawości (dużo internautów jest zdania, że pierwsze książki Chmielewskiej są najlepsze), więc obecnie czytam „Całe zdanie nieboszczyka” i „Depozyt”. Czytam kilka książek jednocześnie, więc proszę się nie dziwić, że podaję dwa tytuły. Z zagranicznych autorów zdecydowanie thriller kobiecy, czyli Tess Gerritsen. Bardzo cenię sobie za atmosferę i nieprzewidywalność Harlana Cobena i Jeffery’a Deavera. Jestem wierną fanką Stephena Kinga i podejrzewam, że to się nie zmieni. Pisze różnorodnie, ale tam samo lubię jego „Podpalaczkę”, „Cmętaż zwierząt”, „Zieloną milę” jak i „Rękę mistrza”. Moje upodobania widać na moich półkach. Nie tylko staram się sporo czytać, ale i kupować książki. Kiedy wracam z księgarni z najnowszą książką jednego z moich ulubionych autorów, mam uśmiech od ucha do ucha.

Co przypisaniu jest dla Ciebie ważniejsze: intryga czy bohater?

Dla mnie to jedno i to samo. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale tak jest. W mojej głowie jednocześnie powstaje postać i problem. Gdyby chcieć to opisać to wystarczy jedno zdanie. Nie ma rozbudowanej intrygi, moja postać ma tylko płeć i imię, ale jest. Dopiero wówczas staram się ją rozbudować, zobaczyć wyraźniej i wraz z rozwojem postaci, rozwija się intryga. Kiedy moi bohaterowie są już ukształtowani mają własną osobowość i charakter. Wiem, że pewnych rzeczy nigdy nie powiedzą, nie zrobią, bo to nie współgra z ich sposobem postrzegania świata. Kiedy rozbudowuje się intryga jest ona w pewien sposób dostosowana do bohatera, a zarazem bohater do intrygi. Kiedy zaczynam pisać powstaje coś w rodzaju konspektu. Wiem w czym problem i jak się on zakończy, ale cała reszta jest dla mnie wielką niewiadomą. To wszystko powstaje w trakcie pisania. Na bieżąco robię notatki do książki, scenariusze zdarzeń i często po ukończeniu powieści zdarza się, że gdy przeglądam ten niby konspekt są tam trzy możliwe rozwoje wydarzeń, a najczęściej to co było na początku i na końcu nie ma ze sobą nic wspólnego. Moi bohaterowie i to co ich spotyka zmienia się, ewoluuje…

Czy bohaterowie Twoich książek mają jakieś pierwowzory w rzeczywistości? Pani Kopiejka na pewno, sama mogę wskazać parę podobnych osób. A reszta?
Właściwie to nie. Powiedziałabym raczej, że posiadają pewne cechy różnych osób, ale konkretnej osoby nigdy nie przeniosłam w całości na karty powieści. Nie przeszkadza to jednak moim bardziej i mniej znajomym doszukiwać się siebie. Jest to dla mnie trochę stresujące choćby z tego powodu, że kiedy powstaje negatywna postać i nosi ona imię znanej mi osoby, to pojawia się problem, że ta znajoma osoba zacznie utożsamiać się z tym bohaterem i najzwyczajniej w świecie się na mnie obrazi. Moje zaprzeczanie, że ta osoba na myśl mi nie przyszła i nie chciałam, nie miałam zamiaru, każdy mój bohater to fikcja literacka od początku do końca, jest bezskuteczne. Co do pani Kopiejki… Znam sporo osób, które niektóre z jej cech niewątpliwie posiadają. Tworząc tę bohaterkę upchnęłam to wszystko, czyli wścibstwo, skłonność do intryg i manipulacji, złośliwość, w jednej osobie. Niemniej jednak, sama pani Kopiejka, chociaż może przypominać nam sąsiadów bliższych lub dalszych, nie istnieje.

Skąd bierzesz pomysły? Na przykład skąd Ci przyszło do głowy, żeby bohaterkom „Zacisza” kazać przechowywać zwłoki w piwnicy?
Z głowy. Tak można najprościej odpowiedzieć. Pojawiają się znikąd i po prostu są. Wszystko co widzę, słyszę, czytam, gdzieś się gromadzi i w pewnym momencie, być może podświadomie, się pojawia. Z tymi zwłokami w piwnicy proces myślowy przebiegał u mnie dokładnie tak samo jak u bohaterek. Najprostszy sposób? Zakopać. No tak, ale zima jest, ziemia twarda. Nie da się. co dalej? Siedzę i myślę. Mam domek jednorodzinny, mieszkam na osiedlu, gdzie widać mnie z każdej strony, zabrać ich z domu nie mogę. Ktoś mnie zauważy. Muszę się spieszyć, bo zwłoki się rozkładają i śmierdzą. Co robić? Muszę zdobyć czas. Jak? Zamrażarka. Co dalej? Przecież nie mogę ich trzymać wiecznie w takiej postaci. Wystarczy zwykła awaria prądu i wszystko się wyda. w moim domu pojawia się mężczyzna i będzie w nim bywał. Może się na nich natknąć? I co wtedy? Pojawia się dylemat. Muszę ich usunąć z domu ale zarazem nie mogę. Pomysł? Piwnica. Z kolei druga część Zacisza powstała, gdyż mój redaktor zasugerował, że powinnam te zwłoki przenieść… No dobrze, ale gdzie? No to robię listę możliwości: dół z wapnem, budowa autostrady, jezioro, zakopanie w lesie, spalenie… I powstała druga część.

Czy masz jakieś skojarzenia z kryminałami z PRL?
Właściwie nie. Urodziłam się w 1988 roku i to nie moje czasy. W kwestii kryminałów jedyną autorką, która mi się kojarzy to Joanna Chmielewska i pani Helena Sekuła, którą poznałam w ubiegłym roku na Bieszczadzkim Lecie z Książką. Bardziej kojarzę filmy typu: „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”, „Przygody psa Cywila”. Ale to się chyba nie liczy jako znajomość kryminału z okresu PRL, prawda?
Co jakiś czas zaglądam na stronę waszego Klubu MOrd i czytam recenzje, wywiady. Wasz portal jest ciekawy i różne ciekawostki wpadają w oko, ale nie sięgnęłam jeszcze po kryminały z tego okresu.


Co sądzisz o modnej ostatnio odmianie kryminału miejskiego (Krajewski, Lewandowski)?

Ta odmiana kryminału jest mało mi znana. Spotkałam się wprawdzie z twórczością Krajewskiego, ale muszę do niej dorosnąć. Jest dla mnie za trudna, a może to nie ten etap mojego rozwoju emocjonalnego i intelektualnego. Czasami tak mam, że wracam do jakiejś książki po latach i nagle odkrywam, że jest ciekawa, wspaniała, interesująca i zastanawiam się jak mogłam nie zauważyć tego wcześniej. Do niektórych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć…

Nad czym teraz pracujesz? O czym będzie najnowsza książka?
Najwięcej to teraz pracuję nad moją pracą licencjacką. Jestem w trakcie sesji, a zaraz po niej obrona. Ale wiem, że nie o to pytasz… Najnowsza książka ukaże się jesienią i niestety, nie mogę na razie podać szczegółów. Mogę powiedzieć, że tym razem próbowałam stworzyć coś bardziej mrocznego, coś, co byłoby kryminałem, ale jednocześnie posiadało atmosferę thrillera. Mam nadzieję, że mi się to udało. Z pewnością ta powieść jest inna. Oczywiście, nadal mam zamiar pisać rzeczy, które mają czytelnika bawić. Jak usłyszałam na spotkaniu autorskim od jednej z czytelniczek: „Pani Olgo, kiedy Marta te zwłoki do piwnicy targała, to popłakałam się ze śmiechu. To było wspaniałe”. Cieszę się, że nie tylko ja mam makabryczne poczucie humoru…

Rozmawiała Klubowiczka Anna

Tags: ,

czwartek, Sierpień 5th, 2010

Prószyński i S-ka / WP.PL / papierowymotyl.pl / kobieta.etportal.eu

01.06.2010

Pisanie jest jak rysowanie ślimaka kredą na chodniku…

Wywiad z Olgą Rudnicką, autorką bestsellerowych komedii kryminalnych.

Olga Rudnicka ma 22 lata i na koncie 4 wydane książki. Zadebiutowała pod koniec 2008 roku powieścią kryminalną „Martwe jezioro”. Pół roku później do księgarń trafiła kontynuacja bestsellerowego debiutu, pod tytułem „Czy ten rudy kot to pies?”. Czarna komedia „Zacisze 13” potwierdziła jej talent pisarski i zapewniła rzeszę wiernych czytelników. W kwietniu tego roku na księgarskie półki trafił dalszy ciąg zwariowanych przygód przyjaciółek z ulicy Zacisze – „Zacisze 13. Powrót”. Autorka mieszka w Śremie, studiuje pedagogikę w Poznaniu, pracuje w ośrodku pomocy społecznej. Kocha czarną muzykę, taniec i jazdę konną.

Jest Pani bardzo młodą autorką, a już wydała Pani 4 książki. Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?
Olga Rudnicka: Nie pamiętam dokładnie momentu, kiedy chwyciłam długopis, wzięłam kartkę do ręki i z pełną świadomością tego co robię powiedziałam: teraz napiszę książkę. To działo się etapami – jeden przechodził w drugi w sposób niemal niezauważalny. Jako dziecko miałam wyjątkowo bujną wyobraźnię. Podbierałam mamie pudełka z kuchni – po herbacie, zapałkach, cukierkach, ciastkach, kawie – nie czekając, aż zostaną opróżnione. Tworzyłam z nich swój mały świat, zamknięty w specjalnie przeznaczonej do tego szafie, wraz z figurkami żołnierzyków, zwierzątek, samochodzików. Każdy, kto tam zajrzał, widział potworny bałagan, a ja inny, wymyślony świat. Jako nastolatka (szafka odeszła do lamusa), w wieku 12-13 lat, zaczęłam spisywać sny. W tej chwili nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale wtedy wydawało mi się to właściwe, konieczne i absolutnie niezbędne. Stopniowo zaczęły powstawać opowiadania, luźne historyjki, nie powiązane z niczym i z nikim dialogi. „Martwe jezioro” było moją pierwszą powieścią, chociaż wtedy tak o nim nie myślałam. Przez myśl mi nie przeszło, że napisałam powieść, że mogłabym ją komuś pokazać, że mogłabym ją wydać. Pisanie do tego stopnia było tylko moje, że nie dzieliłam się nim z nikim.
Wysłanie książki było właściwie impulsem. Przechodziłam ospę i siedziałam w domu. Byłam znudzona, zmęczona, zniesmaczona, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, pisanie zupełnie mi nie szło, nie miałam nic do czytania. Wtedy sięgnęłam po „Martwe jezioro”. Przeczytałam je kilkakrotnie i pomyślałam: Dlaczego nie? Usiadłam więc do komputera i zaczęłam szukać wydawcy. Wysłałam tekst i czekałam… Aż tu nagle odpowiedź od Prószyński i S-ka: wydawnictwo uprzejmie informuje, że jest na tak.
Dalej, co tu dużo mówić? 30 października 2008 roku zostało wydane „Martwe Jezioro”. Oczywiście, uwierzyłam w to dopiero, kiedy zobaczyłam okładkę książki. Rozmowy, podpisywanie umowy – to wszystko było tak niewiarygodne!
Od tej pory zaczęłam pisać regularnie. Nie od czasu do czasu lub kiedy miałam ochotę – narzuciłam sobie dyscyplinę. Czasami jestem zła, że piszę i piszę, a tu końca nie widać… Ale kiedy książka jest ukończona i wysłana, oddycham z ulgą i… tydzień później siedzę już przy laptopie i pracuję.

Opisuje Pani w swoich książkach perypetie trzydziestolatków. Dlaczego nie pisze Pani o swoim pokoleniu?
Olga Rudnicka: Piszę powieści kryminalne. Siłą rzeczy muszą to być osoby starsze, które mają pewne doświadczenie życiowe, już ugruntowane życie zawodowe i prywatne. Kiedy tworzę postać detektywa czy policjanta nie może on mieć 17 lat. Kiedy moje bohaterki zamurowują zwłoki w piwnicy, nie mogą się jednocześnie zastawiać, jak je ukryć przed rodzicami. Nie wykluczam, że w przyszłości napiszę powieść, w której głównymi bohaterami będą osoby młodsze. Ale jeszcze nie teraz. Może gdybym zmieniła formę, wybrała na przykład romans albo powieść obyczajową? Jestem jednak pewna, że w pewnym momencie i tak wymyśliłabym spisek, zbrodnię albo ponurą tajemnicę, która zamieniłaby całość w kryminał.
Na wybór moich bohaterów wpływ ma jednak nie tylko gatunek literacki , ale także to, że spędzam dużo czasu w towarzystwie starszych osób. Nie chodzi tu tylko o pracę, gdzie, jako opiekunka społeczna, mam do czynienia z osobami w podeszłym wieku, niepełnosprawnymi czy chorymi. Łatwiej jest mi znaleźć wspólny język z trzydziestolatkami niż z moimi rówieśnikami. Myślę, że jestem po prostu bardzo starym człowiekiem, tylko świetnie się kamufluję!

Czy bohaterowie Pani książek mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości?
Olga Rudnicka: Nie, nie mają. I zaznaczam, że choćby nie wiem jak mnie to kusiło, nigdy nie umieszczę realnej osoby w powieści. Wyposażam moich bohaterów w pewne cechy charakteru, osobowości, poglądy, ale są oni przeze mnie stwarzani od początku do końca. Ostatnio słuchałam wywiadu z panią Joanną Chmielewską w TVN. Mówiła, że jej czytelnicy tak bardzo pragną, żeby jej bohaterowie byli osobami realnymi, że aż boi się zaprzeczać… W moim przypadku jest odwrotnie. Zaprzeczam, ile mogę. Chociaż muszę przyznać, że czasami rodzi to dość zabawne sytuacje.

Skąd czerpie Pani inspiracje?
Olga Rudnicka: Najprościej rzecz ujmując – z głowy. Kiedy wpadam na pomysł powieści, to pojawia się on nagle, znikąd. Na początku jest to tylko myśl. Co by było, gdyby…. I ona stopniowo zaczyna się rozwijać. To tak, jakby rysować ślimaka kredą na chodniku. Przynajmniej tak to wygląda na początku, kiedy mam pomysł na bohatera, na intrygę kryminalną. W chwili, gdy powstają kolejne postacie, kolejne perypetie, ślimak zamienia się w labirynt, mutuje. Pomysł początkowy zmienia się, ewoluuje do tego stopnia, że niekiedy to, co miałam na początku, a to, co zostaje jako wersja ostateczna, to dwie różne rzeczy. Mam zwyczaj zapisywania myśli i pomysłów do danej powieści w formie konspektu. W moim przypadku konspekt to nazwa górnolotna. W gruncie rzeczy jest to jeden wielki bałagan. Kilka wersji tego samego zdarzenia. Niczego nie kasuję, bo może mi się przydać. Gdyby przeczytał to ktoś obcy, rwałby sobie włosy z głowy w daremnej próbie zrozumienia ciągu logicznego. Jak zwykle odbiegam od tematu, ale nie potrafię wskazać źródła inspiracji. W głowie kumuluje mi się wszystko co zobaczę, usłyszę, przeczytam… Nigdy nie wiem, co za chwilę powstanie.

Ulubieni autorzy…?
Olga Rudnicka: Staram się czytać dużo bardzo różnych rzeczy. Nie sięgam po tzw. modne książki. Czytam to, co lubię. Czasami mam ochotę na horror, innym razem na komedię. Normalne dla mnie jest czytanie kilku książek jednocześnie. Właśnie skończyłam najnowszą powieść jednej z moich ulubionych autorek thrillerów kobiecych Tess Geritsen pod tytułem „Nosiciel”. Lubię też książki Alex Kavy i cykl Nory Roberts, napisany pod pseudonimem J.D. Robb. Mam sporą kolekcję książek Deavera, lubię też Michaela Connelly’ego. Dreszczyk emocji wywołują u mnie powieści Harlana Cobena i Stephena Kinga, niekwestionowanego mistrza horroru. Lubię tak samo „Podpalaczkę”, „Zieloną milę” jak „Rękę mistrza” – bo chociaż powstały w wyobraźni tego samego pisarza, są zupełnie różne. Z ciekawości przeczytałam także powieść jego syna, Joe Hilla – „Pudełko w kształcie serca”. Jest rewelacyjna, ale tak mnie przeraziła, że schowałam ją głęboko pod innymi książkami, tak, by nie widzieć okładki. Ostatnio sięgnęłam po Meg Cabot, która nieodmiennie mnie rozśmiesza. Z polskich autorów mogę wymienić jedynie Joannę Chmielewską, którą namiętnie czytam i kupuję. Mam małą kolekcję jej książek, którą staram się uzupełniać o starsze wydania, jak „Romans wszechczasów” czy „Całe zdanie nieboszczyka”. To książki absolutnie ponadczasowe, dla osób w każdym wieku. Można powiedzieć, że lubię dobry kryminał, thriller i horror, chociaż przez ten ostatni zdarza mi się spać przy zapalonym świetle. Ostatnio zaczęłam czytać też Jodi Picoult. Zachęcił mnie film „Bez mojej zgody”. Autorka ma niesamowity dar poruszania najgłębszych emocji. Teraz czytam „Zagubioną przeszłość” tej samej autorki.

Czekamy na Pani kolejną książkę. O czym będzie tym razem?
Olga Rudnicka: Pomimo dość mrocznych zainteresowań, moja twórczość znacznie odbiega od tego, co czytam. Nie ukrywam, że chętnie stworzyłabym coś poważniejszego i mam nadzieję, że mi się to udało. Najnowsza książka, która ukaże się jesienią, zdecydowanie różni się od poprzednich. Z pewnością brak jej komizmu, który dotąd był dla mnie tak charakterystyczny. To oczywiście kryminał, w którym przeszłość miesza się z teraźniejszością, zmuszając bohaterów, uwikłanych w splot tragicznych zdarzeń, do podejmowania decyzji, które na zawsze odmienią ich życie. Mam nadzieję, że powieść się spodoba. Ostatnio napisałam też kilka bajek. Na razie do szuflady, ale kto wie?

źródło:

Tags: ,

Powered by WordPress

Blossom Theme by RoseCityGardens.com