O mnie
Olga Rudnicka, ur. 1988, absolwentka Pedagogiki w Wyższej Szkole Komunikacji i Zarządzania w Poznaniu o specjalizacji Doradztwo zawodowe i personalne; studentka I – ego roku Edukacji i rehabilitacji osób z niepełnosprawnością intelektualną na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (studia II – ego stopnia);autorka powieści kryminalnych: „Martwe Jezioro”, „Czy ten rudy kot to pies?”, „Zacisze 13″ ,”Zacisze 13 Powrót”, „Lilith” i „Natalii 5″; pracuje jako asystent osoby niepełnosprawnej w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. Kocha jazdę konną i rytmy latynoamerykańskie, zwłaszcza salsę. Trenuje ju- jitsu. Namiętnie czyta Joannę Chmielewską, Stephena Kinga, Joe Hilla, Tess Gerritssen i Jeffery’ego Deavera.
To mój oficjalny biogram, a teraz kilka słów o mnie ode mnie.
Jestem małym i złośliwym stworzonkiem o przewrotnym umyśle i czarnym poczuciu humoru. Prawdopodobnie ze wszystkich tych powodów jestem jedyną znaną mi osobą, która uwielbia film „Zgon na pogrzebie”. Kocham angielskie komedie, im bardziej absurdalne tym lepiej, co zdaniem niektórych tylko potwierdza, iż sama jestem chodzącym paradoksem. Dowody na to podobno są następujące: nie wchodzę do wody, żeby nie wpaść na topielca, chociaż żadnego w życiu nie widziałam; spędziłam ubiegłoroczne wakacje na Helu a moim najlepszym wspomnieniem są bunkry; jestem tak ostrożna, że w środku dnia idę do marketu z gazem w kieszeni (tym legalnym, żeby nie było), a o trzeciej nad ranem wracam z imprezy, a gdzie gaz? W domu. A chciałam paralizator sobie kupić! Nie wiem po co. Znając życie będą jego jedyną ofiarą. Czasami sama do siebie siły nie mam.
Wysłanie powieści do Wydawnictwa też nie obeszło się bez wpadek. Ale po kolei…
Zawsze miałam wybujałą wyobraźnię. Jako nastolatka zaczęłam spisywać swoje sny. Kilka razy udało mi się napisać opowiadanie. Nie wiem, czy można to uznać za początek pisania? Mój polonista pewnie by się z tym nie zgodził. Na polskim na ogół czytałam książkę pod ławką albo wcinałam kanapki, a najczęściej jedno i drugie.
Im byłam starsza tym postacie, które wprowadzały się do mojej głowy były żywsze, bardziej barwne i uciążliwe. Postanowiłam pozbyć się współlokatorów utrudniających życie codzienne. Jak to zrobić? Znaleźć nowy domek. I domkiem tym stało się „Martwe jezioro”. Była to moja pierwsza powieść i ku niezadowoleniu osób, którym się nie podobała, nie ostatnia.
Światło dzienne moi mali przyjaciele z szuflady ujrzeli dzięki ospie wietrznej. Umierając na różne schorzenia typu swędzenie i obrzydzenie dla własnej osoby, postanowiłam przeczytać cokolwiek. Niestety, jedyną książką nie przeczytaną przeze mnie kilkakrotnie była moja własna powieść… I zapłonęło światełko. Pomyślałam: – Dlaczego nie? Siadam więc do słoneczka (to mój laptop) i zaczynam szukać. Szukam i czytam i coraz mniej mi się to wszystko podoba. Dowiedziałam się kilku wybitnie zniechęcających rzeczy. Między innymi jak mało jest polskich autorów, część wydawnictw prosi uprzejmie o nie przysyłanie maszynopisów, bo nie dają rady czytać. Kolejna wspaniała rzecz to informacja, że na odpowiedź czeka się do roku, pod warunkiem, że wydawnictwo jest tak uprzejme, że o odpowiedzi negatywnej w ogóle informuje.
Jestem jednak typem, który jak raz wbije sobie coś do głowy to choćby się paliło i waliło to trudno. Efekt tego odczuwali już rodzice, gdy z moich ust padały znamienne słowa: – Postanowiłam, że do przedszkola dzisiaj nie pójdę. I nie szłam. Jedyny sposób, żebym się tam znalazła było zaniesienie mnie. I dokładnie tak to wyglądało. Byłam znoszona z drugiego piętra, transportowana przez parking (przedszkole było po drugiej stronie ulicy, więc daleko nie mieli) i wnoszona do sali. Teraz brzmi to zabawnie, ale byłam chodzącym koszmarem, w dodatku dość pomysłowym, co mogą potwierdzić sąsiedzi. Pomysł zrobienia ptasiej kupy z kremu do golenia i farby plakatowej do dziś uważam za genialny, chociaż sąsiadka czyszcząca parapet z pewnością nie. I tak była znacznie milsza, gdy mnie przyłapała niż sąsiad, który w końcu się zorientował, że nie może obejrzeć meczu piłki nożnej, bo mała Rudnicka rzuca ogryzkami od jabłek w jego antenę satelitarną, która się przekręca i kanał sportowy znika… No cóż, nie wnikając w szczegóły… Do dziś nie przepadam za jabłkami.
W każdym bądź razie decyzja w sprawie wysłania powieści została podjęta, trzeba ją wykonać. Wysłałam więc i czekam… Był to piękny dzień 1 września 2008 roku. Mówię piękny, bo dwa lata temu maszerowałabym do szkółki na rozpoczęcie roku, a tu proszę – jeszcze miesiąc wakacji, przynajmniej od szkoły, bo praca to zupełnie inna para kaloszy. Tego właśnie dnia dostałam e-maila z prośbą o kilka słów o autorze, czyli o mnie. Najtrudniej pisać o sobie, zwłaszcza jeśli trzeba napisać coś dobrego, ale nic to! Napisałam, starannie kombinując, żeby nie podać mojego wieku lat 19. Do 20-ego roku życia brakowało mi dokładnie 20 dni, a jakoś zawsze te 20 lat lepiej brzmi niż 19. Minęły kolejne dwa dni, a tu znowu prośba o informacje o mnie, kształtem przypominająca CV. Postarałam się znowu tak namotać, żeby tylko data moich urodzin umknęła czujnemu oku redaktora. Lęk mnie bowiem ogarnął, że skoro złamali zasadę roku i od razu się odzywają to chcą informacji wstępnych o autorze, żeby stwierdzić, czy warto czytać czy też nie warto. A jak zobaczą taką małolatę? I wtedy co? Od razu do kosza? A tu nagle uderzenie w głowę: uprzejmie informują, że są na tak. Oczywiście ładniej to napisali, w końcu to profesjonaliści. Dalej co tu dużo mówić? Tak się ładnie i składnie potoczyło, że 30 października książka została wydana.
Wydanie powieści to dla mnie cud i to nie tylko dlatego, że mi się udało. Pomijając kwestie takiej natury, jak brak wiary we własne umiejętności (jestem pewna, że wielu ludzi pisze wspaniałe rzeczy i nie ma szczęścia po prostu), wysłałam powieść w zupełnie w niewłaściwej formie do niewłaściwej osoby! Nie wiem czy się tłumaczyć roztargnieniem, galopującą głupotą czy innymi względami podobnej natury, ale nie zauważyłam, że jak wysłać książkę to link i należy się do niego pofatygować. Wysłałam więc powieść e-mailem zamiast w postaci maszynopisu, i to w dodatku do pierwszej osoby, której nazwisko w oko mi wpadło. Na szczęście był to kierownik działu literatury polskiej i z nieznanego mi powodu książkę przeczytał. Sam mnie później poinformował, że na ogół kasuje takie e-maile.
W moim przypadku naprawdę sprawdzają się powiedzenia: głupi ma szczęście i więcej szczęścia niż rozumu. Mam też nadzieję, że się sprawdzą przy kolejnym egzaminie na prawo jazdy, w końcu „siódemka” to szczęśliwa liczba, prawda?
Konie kocham od kiedy tylko pamiętam. Nie wykluczam, że moja pasja jest genetycznie uw
arunkowana. Mój pradziadek służył w wojsku pruskim i walcząc w pierwszej wojnie światowej pod Verdun dostał medal za odwagę, gdy spod ostrzału artyleryjskiego wyprowadził wóz z amunicją. Tylko, że pradziadek nie po wóz poszedł a po konie, a że konie do wozu przyczepione były, to zabrał wszystko. Po zakończeniu wojny, zamiast do domu wracać, zgłosił się na ochotnika do wojska polskiego, bo żal mu koni było zostawiać. I tak kolejne lata płynęły. A to, że jestem na tym świecie zawdzięczam wyłącznie temu, że prababcia potrafiła konia oporządzić (i nogi miała proste, chociaż to podobno drugorzędne znaczenie miało). Geny te kilka pokoleń przeskoczyły i we mnie się skumulowały, więc nie dziwota, że byłabym gotowa płacić nawet za to, żeby stajnię móc posprzątać.
Ze stajni pochodzi też mój pies. Właściciel nie miał co zrobić ze szczeniaczkami i usłyszałam jak żywił co do nich niecne zamiary. Wszystkie trzy wylądowały pod moją kurtką. Dla dwóch piesków znalazłam dom, ale suczki nikt nie chciał, więc została ze mną. Ma na imię Diuna. Ma 10 lat i są to moje ukochane łapeczki. Problem z łapeczkami polega na tym, że nie wiedzą, że są psem. Tak podejrzewam. Razem śpimy, oglądamy filmy, chodzimy na wizyty. Kiedy któraś z koleżanek mnie zaprasza zawsze używa liczby mnogiej, a łapeczki są bardzo grzeczne i towarzyskie. Niestety, są też bardzo rozpoznawalne, zwłaszcza od czasu wydania pierwszej powieści. Straż miejska najpierw mówi: – Cześć Diunka! (to do niej), a potem do mnie: – Mandat pani Olgo znowu będzie! Piesek bez smyczy biega!
I to byłoby na tyle. W sumie nic ciekawego.


bardzo mi się podobała jedna z pańskich książek pt.Martwe Jezioro. oczywiście uważam, że wszystkie są bardzo dobre. Miło było Panią poznać
)
Pani Olgo jest Pani absolutnie fantastyczna! Przeczytałam (przez przypadek przyznaję) Martwe Jezioro a potem oczywiście już z pełną premedytacją wszystkie inne Pani książki. Jestem pod wrażeniem że tak młoda osobą ma tak fantastyczne pióro. To wielki dar pisać tak żeby ludzie nie mogli doczekać się dalszego ciągu. Uwielbiam czytać i jestem prawdziwym molem książkowym więc w moje ręce trafiają książki różne-takie sobie, niezłe i dobre. Pani są po prostu świetne i co jeszcze ciekawsze trzymają poziom. Pozostaję pod wrażeniem i nieśmiało pytam kiedy znowu da Pani szansę żeby podelektować się wymyśloną przez Panią historią? Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego najlepszego. Weronika
Witam serdecznie, książka ukaże się w okolicach marca 2012 roku
Witam
Cala KOLEKCJA stoi na polce w naszym domu pod Hamburgiem.
Bylabym szczesliwa mogac obdarowac NIA moich niemieckich przyjaciol i znajomych. Czy istnieje mozliwosc wejscia na rynek niemiecki? Prosze, prosze, prooooooszeeee!!!!!!!!
Pozdrawiam
Gosia
A to już są sprawy Wydawcy, a nie autora
Witam,właśnie „przez przypadek” przeczytałam Pani książkę „Natalii5″ , do tej pory wolałam zagranicznych pisarzy, ale po przeczytaniu tej książki wiem,że zostanie Pani jedną z moich ulubionych pisarek:) Żadna książka do tej pory nie rozśmieszyła mnie tak do łez jak ta:) teraz sięgnę po Pani następne powieści. Pozdrawiam
Ania
Baaardzo mi miło
Witam!
) Chciałabym obejrzeć kiedyś film na podstawie tej książki! Jest fenomenalna!
Mąż sprawił mi nieziemską niespodziankę na święta, gdyż zupełnie niespodziewanie otrzymałam od niego „Natalii5″. Jestem w trakcie czytania, ledwo się oderwałam, by tu zajrzeć
Pozdrawiam z uśmiechami i podziwem,
Maria
Pani Olgo!
Czy Pani jest „czarownicą”??? „Natalii5″ – REWELACJA!!! Nie mogłam się oderwać od czytania. W dalszym ciągu i z jeszcze większą pewnością i zachwytem mówię o Pani „SMARKULA”. Naprawdę ma Pani rewelacyjne pióro. Kto to widział, żeby o 3 nad ranem pękać ze śmiechu nad książką? (mówię o scenie pojawiania się kolejnych niespodziewanych gości w domu Natalii). Naprawdę rewelacja! Czekają na mnie tylko „Zacisza” 2 i „Lilith”. Proszę więc szybko coś na nowy rok przygotować, bo już się doczekać nie mogę. Serdecznie pozdrawiam i w nadchodzącym nowym roku życzę radosnych, uśmiechniętych, pełnych nadziei dni i takich samych ludzi.
Ściskam serdecznie.
Anna z Chełma
Bardzo się cieszę
Na Nowy Rok nic nie przygotuję, ale nowa powieść ukaże się w marcu
Pani Olgo , jestem pod wrazeniem !!!!!!!
Tak młoda osoba i tak świetnie pisze !!!!!!!!!!!!!!
Ma Pani lekkie pióro i cięty , dowcipny język co cenię sobie
szczególnie !!!
A poza tym jak to sie dobrze czyta o Śremie, o Mechlinie – jestem śremianką .
Przeczytałam pani prawie wszystko -w tej chwli czytam Natalii5, i pozostały mi tylko Zacisza
Gratuluję i serdecznie pozdrawiam
AGA
Pani Olgo! Właśnie skończyłam Pani książkę „Natalii 5″ i jestem pod wrażeniem. Jestem dość wybredna w wyborze książek ale Pani książka sprawiła że przeczytam wszystkie pozostałe Pani cudeńka. Wspaniały humor, zaskakująca akcja, niesamowite dialogi. Czytałam tę książkę z zapartym tchem. Ma Pani niesamowity dar i proszę go pielęgnować bo niewielu autorów potrafi tak pisać. Gratuluję serdecznie i dziękuję za dostarczenie mi takiej miłej rozrywki.
Pozdrawiam
Oczywiscie przeczytalam wszystkie Pani ksiazki ..i coz…rewelacja:)…wciagaja niemozliwie…i bawią i chyba kazdego bo i czytala moja corka i kolezanka i nawet mąż:)….i wlasnie mialam zapytac kiedy nastepna ksiazka ..widze ze w marcu..wiec czekam z niecierpliwościa i prosze o wiecej:)…pozdrawiam serdecznie.
Czy po NATALI 5 coś Pani pisze? Mam syna w pani wieku Też ur. 1988. Kochana, jesteś dobrą pisarką i tak trzymaj. Zamiast Sienkiewicza „ku pokrzepieniu serc” czytam Ciebie.
Pisz proszę. Pozdrawiam Ewa Hundert
Tak, 3 kwietnia ukaże się najnowsza powieść „Cichy wielbiciel”
Własnie kończe czytać „Cichego wielbiciela”. Jest rewelacyjny!!!!!!!! Aż niemożliwe wydaje się żeby czytanie ksiązki dawało tyle przyjemności i emocji
).Razem z siostrą czekamy zawsze z nieciepliwości na Pani kolejne ksiązki. Ale najgorsze jest to, że z jednej strony nie mogę oderwać się od Pani książek, ale z drugiej stram się ich szybko nie kończyć bo wiem że na następną będzie trzeba poczekać:) I już od dziś czekam na kolejną z niecierpliwością
) Pozdrawiam serdecznie i życzę wszytskiego dobrego!!!!!!