Wrzesień, 2010

czwartek, Wrzesień 30th, 2010

Dzisiejszy wpis jest natury uświadamiającej.

Po pierwsze, nie trzymam kartonów pełnych moich powieści pod łóżkiem. Wiem, wiem, niektórzy pewnie uważają, że w pochmurne dni siedzę na klatce schodowej i prowadzę blokową księgarnię, a w ciepłe dni – podwórkową. No cóż. Nie prowadzę. Nie sprzedaję książek. Ja je piszę. Zmierzam do tego, że autor pisze książki, wydawca je wydaje, dystrybucja rozprowadza, a księgarnia sprzedaje. Proste? Proste. Więc bardzo proszę nie wołać na mnie moich książek, bo ich nie mam. Żeby ją komuś podarować musiałabym pójść do księgarni i ją zakupić tak samo jak każdy inny czytelnik. Od wydawcy otrzymuję kilka egzemplarzy na cele promocyjne i na tym koniec (po kilkakrotnym upomnieniu się i zagrożeniu, że kupię je sobie sama, strzelę ogromną fotkę z paragonem w jednej ręce i książką w drugiej, a następnie wstawię na bloga). Więc byłabym wdzięczna za niestawianie mnie w niezręcznej sytuacji i nie domagania się ode mnie egzemplarza powieści. Proszę też nie proponować, że mi się za ten egzemplarz zapłaci. Płatne czy nie płatne, żądanie takie jest nierealne, bowiem nie dysponuję możliwością rozdawnictwa i sprzedaży.

Po drugie, bardzo proszę o zaniechanie domagania się wysłania powieści na e-maila. Tego komentować już nie zamierzam, bo mi ręce opadają. Po prostu proszę tego nie robić, bo nie prześlę. Nawet gdybym mogła, a nie mogę, bo mam pewne zobowiązania, to nie zrobiłabym tego, bo nie chcę. Ktoś kto pracuje chciałby z tytułu swojej pracy otrzymywać choćby minimalne wynagrodzenie. Idźcie do mechanika samochodowego i powiedzcie mu, że autko chodzi jak złoto, uściśnijcie mu rękę, uśmiechnijcie się , podziękujcie i odjedźcie. Ciekawe jak zareaguje?

Po trzecie, proszę nie posądzać mnie o lenistwo. Kiedy mam pomysł, powstają postacie, rozwijają się, zbieram materiał i piszę, kreślę kasuję, piszę. Na początek powstaje coś pośredniego między konspektem a scenariuszem . Zajmuje mi to 2-3 tygodnie i jest to coś co nazywam materiałem roboczym. Potem następuje etap zamiany materiału w wersję roboczą. To jest kwestia miesięcy, kiedy szkielet zaczyna obrastać w tkankę mięśniową i tłuszczową. Piszę fragment po fragmencie, zmieniam, poprawiam, kasuję, a czasami koncepcja mi się w trakcie zmieni i znowu wracam do początku. Wprowadzam nowe wątki i postacie, wyszukuję nowe informacje i zadaję ludziom różne pytania. Czasami jedna scena pojawia się w trzech wersjach. Niczego nie wyrzucam, bo mogę zmienić zdanie i to co skasowałam może okazać się przydatne. Więc wrzucam wszystko w konspekt, który po ukończeniu powieści składa się z trzech różnych wersji i nikt poza mną nie byłby w stanie dojść z tym do ładu. Następnie zaczynam od nowa sprawdzanie tekstu, poprawiam literówki, coś dopiszę, coś poprawię. Koniec. Wersja robocza ma początek, środek i koniec. Wszystko w moim mniemaniu napisane od A do Z. Jak zawsze okazuje się, że moje mniemanie jest błędne. To nie koniec. Redaktor odsyła wersję z listą błędów i poprawek, które poprawiam i wprowadzam, a potem poprawki do poprawek i kolejne poprawki. Kiedy faza poprawek się kończy, otrzymuję wersję do druku. Chcę w tym miejscu zauważyć, że powieść ta jest po korekcie, po obróbce redaktorskiej i wszelkie niedociągnięcia stylu i gramatyki zostają poprawione. Książka, która znajdzie się na półce to końcowy produkt pracy wielu osób. Do tego dodać należy pracę działu graficznego, działu promocji i marketingu, działu handlowego oraz rzeszy osób, o których istnieniu nie mam pojęcia. Dlaczego o tym piszę? Bo gdy znów na pytanie kiedy ukaże się kolejna książka, odpowiem, że za kilka miesięcy, to mam nadzieję, że czytelnik nie spojrzy na mnie z pogardą i nie powie oburzony: – Kilka miesięcy? Ja pani książkę w dwie godziny przeczytałem! Sytuacja taka zdarzyła mi się bowiem w ubiegłym roku i naprawdę nie miałam pojęcia jak zareagować. Czy on naprawdę myślał, że ja piszę książkę dokładnie tyle czasu, ile on ją czyta?!

Po czwarte, nie oczekuję, że moje książki będą się wszystkim podobać, bo nie będą. To oczywiste. Nie rozumiem tylko tego lekceważenia, kiedy mówię, że nie mam czasu, bo piszę, jakby to była zabawa. Nie rozumiem podejrzeń o wymigiwanie się od spotkań pod pozorem pisania. Kiedy nad głową wisi mi termin, to nie mogę powiedzieć, że pies zjadł mi wypracowanie. Moi znajomi wracają z pracy do domu, a ja z pracy …. do pracy. Tak, bo to jest praca. Przyjemność, ale i praca. Wymaga dyscypliny, nauki, czasu. Przede wszystkim czasu. Jak nie wiesz dlaczego, patrz punkt. 3.

Po piąte, mam Internet bezprzewodowy. Wkładam go w kieszeń i jadę sobie … gdzieś. Proszę więc nie wysyłać mi złośliwych sms-ów o treści: – Mówiłaś, że wyjeżdżasz a umieściłaś wpis na blogu. Wiem, że jesteś w domu! No cóż, nie jestem. Kiedy jestem, a nie mam czasu to po prostu to mówię. Wygląda na to, że za cicho, za grzecznie, zbyt małymi literami.

Po szóste, proszę się nie obrażać, że dowiadujecie się o kolejnej powieści z gazet lub Internetu. Nie czuję potrzeby by się chwalić w gronie znajomych. Początkowo fakt wydania mojej powieści wzbudzał spore zainteresowanie. Stałam się czymś w rodzaju miejscowej atrakcji. Opowiadaj, opowiadaj, ciągłe żądania. Co mogłam to powiedziałam, czego nie mogłam – przemilczałam. Ale ile można mówić w kółko jedno i to samo? Po pewnym czasie zaczęłam odpowiadać, że jak zwykle. Nic nowego. Oczywiście, nie mogłam się wykpić tanim kosztem. Brak odpowiedzi prowadził do zarzutu, że zadzieram nosa. Więc zarzucana pytaniami odpowiadałam wciąż na te same pytania robiąc dobrą minę do złej gry, tylko po to by usłyszeć od koleżanki, że nie ma ochoty wysłuchiwać jak to mi się w życiu powodzi. To po co pyta? I jakie powodzi? Pracuję tak samo jak wcześniej, a jeszcze muszę czas na pisanie wygospodarować. Nikt nie chce słuchać, że od trzech dni siedzę przy tym samym zdaniu i poprawiłam je tyle razy, że chce mi się wyć i nie mogę z miejsca ruszyć. Prawda jest taka, że kiedy padam do łóżka z przekrwionymi oczami i tak zmęczona, że nie pamiętam chwili, w której przykrywałam się kołdrą, to bieganie z transparentem po mieście z informacją o kolejnej książce, jest ostatnią rzeczą, o której myślę.

Po siódme, wywiad to wywiad i poza tym co się w gazecie ukaże lub telewizji, nic więcej się nie kryje. Nie mam pojęcia skąd wyobrażenia w gruncie rzeczy nie wiadomo o czym. Wszystkich interesuje kolejny wywiad w gazecie, jak było w radiu, jak było w telewizji. Tak samo jak zawsze. Nie ma o czym mówić. I tak nikogo nie obchodzi, że kamera mnie przeraża do tego stopnia, że krwawe plamy wychodzą mi aż na dekolcie. Pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź, dziękuję, do widzenia. Wszystko. Nic więcej nie ma. Więc błagam, bez tekstów w stylu: – Bo Ty nie chcesz nic powiedzieć.

Po ósme, napisanie książki i pisma do urzędu, to nie jest to samo! Kiedy więc proszę o pomoc w wypełnieniu formularza proszę się nie dziwić, że: – Książki pani pisze, a PIT-u nie potrafi wypełnić?

Po dziewiąte, tak to ja. Ta dziewczyna w adidasach, dżinsach, spocona, z rozwianym włosem, bez makijażu, potykająca się o własne nogi i ciągnąca psa na smyczy za sobą to naprawdę ja.

Po dziesiąte, mam prawo nie wiedzieć wielu rzeczy. To, że piszę kryminał nie znaczy, że posiadam wiedzę policjanta, prawnika, sędziego. Przy każdej książce uczę się nowych rzeczy, nie oznacza to, że jestem ekspertem. Nie jestem członkiem Mensy i nigdy nie będę. Jestem zwyczajną dwudziestodwulatką, która lubi pisać, jeść, tańczyć i jeździć konno.

poniedziałek, Wrzesień 27th, 2010

Reklamo żyj!

Włączasz telewizor – reklama. Radio – reklama. Otwierasz gazetę – reklama. Idziesz ulicą – reklama, reklama, reklama. Reklama jest wszędzie i powinniśmy być za nią wdzięczni. Gdyby nie ona, skąd wiedzielibyśmy co jest dla nas dobre? Jakiego szamponu używać, jakie pić piwo i jaki jest nasz ulubiony telewizor? Chodzilibyśmy boso i nago, nie posiadając potrzeby ubierania się. Bylibyśmy brzydcy i cuchnący, bo nie wiedzielibyśmy, że możemy być piękni i pachnący. Gdyby nie reklama biedne duszyczki trafiłyby do piekła, nie wiedząc, że lista grzechów jest znacznie szersza niż ta, którą wbijała nam do głowy katechetka lub katecheta (sortuj śmieci bo pójdziesz do piekła). Po co nam dermatolog, skoro reklama powie, jakiego szamponu używać, by nie mieć łupieżu i jakiego żelu, by nie mieć pryszczy. Po co lekarz rodzinny? Jeden spot reklamowy i wiesz jak wyleczyć przeziębienie, grypę, opryszczkę, jak poradzić sobie z migreną i bólem zęba.

Więc uwielbiam reklamy, naprawdę. Mam tylko jeden problem. Bo kiedy już wiem jak żyć, co mam jeść, co myśleć i czuć, jak wychowywać dzieci, chciałabym obejrzeć film. Mam pięćdziesiąt programów i przynajmniej na połowie z nich zawsze jest reklama. Zanim przelecę je wszystkie to znów jest reklama lub nadal jest reklama lub jeszcze jest reklama. Palec mnie już boli, w oczach migają czarne plamki, postanawiam poczekać aż ktoś mi powie, co się zacznie i kiedy. Kocham zapowiedzi programów w telewizji, gdy słyszę: – Za chwilę zapraszamy na program X. Patrzę na zegarek. 18.25. Zaglądam w gazetę, o której planowana jest emisja programu: 18.35. Mam czekać dziesięć minut? Spoko, jeśli dziesięć minut to chwila, to w porządku, mogę czekać. Gdyby tylko program zaczął się punktualnie. I w ten sposób dziesięć minut zamienia się w kwadrans. Przypomina mi się wówczas taki dowcip:

Biedny człowiek modli się do Pana Boga takimi słowy: – Panie Boże, dla Ciebie 100 lat jest jak jedna chwila. Panie Boże, dla ciebie milion złotych jest jak jeden grosz. Panie Boże, daj mi jeden grosz na jedną chwilę.

Bóg odpowiada: – Za chwilę.

Równie częsta jest sytuacja, gdy czekam na rozpoczęcie programu, który lubię lub z innych powodów chciałabym obejrzeć. Przełączam kanał. Jeszcze jest reklama. Przełączam kanał. Już jest reklama. Przełączam kanał. Nadal jest reklama. Nie mam pretensji. Nie, nie. Jak dla mnie jest ok. Ale mam pomysł. Łączmy reklamy. Zamiast kilkunastu reklam w pięć minut i  będziemy mogli obejrzeć ich kilkadziesiąt. I tak, na przykład, proponuję następujące połączenia:

Reklama szamponu Nivea, Netii i sklepu Saturn

- Pojawił się by zamienić Twoje życie w piekło.

- No to już jej nie będzie.

- A co będzie?

- Żer dla skner.

Reklama Castoramy, szamponu Nivea i Saturn

- Nikomu nie pozwolimy przebić naszych cen.

- Nadszedł czas by stawić mu czoło.

- Wysadzamy VAT.

Reklama piwa Tyskie i leku na biegunkę Stoperan.

- Brzuch cię boli?

- To Tyskie. Z Polski.

- Nie trać wakacji. Weź stoperan.

I co? Można? Można! A jak życiowo! Reklama jest zawsze i wszędzie i nigdy Cię nie zawiedzie. Nigdy nie musisz na nią czekać ze zniecierpliwieniem. Zawsze punktualna. Zawsze obecna. Tylko błagam o jedno! Kiedy ładuje się ta reklama w necie, która biega po całym ekranie, żebym jej przypadkiem nie przeoczyła, gdzie tylko X potrafi ją wyłączyć…. Niech ten X nie ładuje się jako ostatni!

piątek, Wrzesień 24th, 2010

Niepełnosprawność nie jest zaraźliwa

Żyjemy w XXI wieku. Dopadł nas niesamowity postęp technologiczny i medyczny. Świat zmienia się z dnia na dzień, zaskakuje nas nowinkami technicznymi. To co było nowoczesne dziś, jutro będzie zdatne wyłącznie do lamusa. Każdego dnia budzimy się i stawiamy czoło kolejnemu dniu pracy, nauki, zmagamy się z ciężkimi sytuacjami, cieszymy miłymi chwilami.  Media bombardują nas informacjami, modą, nauką. Każdego dnia uczymy się czegoś na nowo, spotykamy na swej drodze różnych ludzi, uczymy się od nich a oni od nas. Każdego dnia odkrywamy świat na nowo. Rzucamy mu wyzwanie podpierając się wzniosłymi hasłami, jacy to jesteśmy wspaniali, silni, utalentowani.

Potrafimy okazać współczucie przyjaciółce, która całą godzinę płacze z powodu rozdartej, ulubionej bluzki. Pocieszamy sąsiada, żeby się nie przejmował spuszczonym powietrzem w oponie własnego samochodu. Wzruszamy się na filmach romantycznych, familijnych, katastroficznych, chociaż żyjemy w świecie, gdzie przemoc, gwałt, przestępczość nie jest zaskoczeniem, lecz kolejną informacją z dziennika.

Lawirujemy w tej rzeczywistości, szukając miejsca dla siebie i dla innych, jesteśmy tacy tolerancyjni, pełni empatii i miłości do drugiego człowieka. Czy faktycznie tak jest? Czy za tymi hasłami kryje się prawda czy ignorancja i zakłamanie? Dlaczego uciekacie od chorych ludzi? Choroba, starość, niepełnosprawność… To nie jest zjawisko, które pojawiło się dziś, wczoraj, tydzień temu. Każdy z nas w pewnym momencie swego życia miał styczność z chorą osobą. Siostrą, bratem, dzieckiem, matką, ojcem, babcią, dziadkiem, sąsiadem, bratem przyjaciółki, znajomą znajomego…

Dlaczego omijacie nas szerokim łukiem, gdy spaceruję z moją podopieczną na wózku inwalidzkim? Patrzycie przerażeni i spłoszeni jakbyśmy miały dwie głowy i rogi na każdej z nich, a za nami ciągnął się kręty ogon. Nie możecie oderwać wzroku, gdy robię zakupy z osobą, która specyficznie się porusza. Odsuwacie  się z  odrazą, gdy podchodzimy do półek z żywnością. Uciekacie jakby niepełnosprawność była zaraźliwa. Nie jest. Ale to co wy robicie jest zaraźliwe. Zarażacie strachem i odrazą swoje dzieci, swoje rodziny, przyjaciół i znajomych. Patrzycie ze współczuciem, by za chwilę odwrócić się do koleżanki ze scenicznym szeptem: – Widziałaś? Widziałaś?

Dlaczego prośba o pomoc powoduje strach, zmieszanie, zapytanie w oczach: – Kto ja? Szybki pogląd dookoła, czy może zwracam się do kogoś innego, potem gorliwie udzielona pomoc i równie szybka ucieczka. Dlaczego? Boicie się, że poprosimy Was o coś jeszcze? Jeśli patrzycie z litością, to dlaczego nie proponujecie pomocy, gdy kółko wózka inwalidzkiego utknie nam w wyrwie chodnika, nie możemy pokonać krawężnika, nie podacie towaru z najwyższej półki, do której nie możemy dosięgnąć?

Powiem wam. Bo nie ma w Was współczucia tylko pogardliwie pożałowanie. Radość, z której nie jesteście dumni, radość, że to nie Wy. Nie patrzycie tylko się gapicie. Boicie się podejść jakby sam kontakt fizyczny naraził was na niepełnosprawność. Czuję wtedy ból i wstyd. Ból moich podopiecznych, którzy są świadomi tych spojrzeń i tego co się za nimi kryje. Ból osób, które muszą stawić czoło swojej chorobie i tym spojrzeniom. Czuję ich wstyd, że są chorzy, że są inni, jakby prosili o chorobę lub byli jej winni. Czuję gniew, mój własny gniew, że odbieracie im siłę do walki i te chwile radości, gdy mogą po prostu cieszyć się spacerem i zapomnieć o swej samotności.

Wszyscy ludzie są tacy sami, po prostu niektórzy cieszą się zdrowiem, a inni muszą o nie walczyć. Skąd te reakcje? Przecież niczym się nie zarazicie. Nie dopadnie Was nieszczęście, kiedy przejdziecie obok wózka inwalidzkiego nie spoglądając w jego stronę lub po prostu spoglądając, lecz nie gapiąc się. Nie stracicie cennego czasu pomagając pokonać wysoki krawężnik czy schody. Nie uschnie Wam język, gdy zapytacie czy nie pomóc. Nie odpadnie Wam ręka, gdy sięgnięcie po towar z tej samej półki.

Nie generalizuję. Nie wrzucam wszystkich do tego samego worka. Może ten wpis nie jest dla Ciebie czytelniku, lecz dla Twego sąsiada lub koleżanki z ławki. Ale jeśli to Ty jesteś jego odbiorcą powiedz mi, dlaczego sprawiasz, że czasami wstydzę się tego kim jestem. Dlaczego wstydzę się, że jestem człowiekiem?

wtorek, Wrzesień 21st, 2010

Napisz recenzję i wygraj 1000 zł!

WIELKI KONKURS NA RECENZJĘ NAJNOWSZEJ KSIĄŻKI OLGI RUDNICKIEJ „LILITH”

Kup „Lilith”, opublikuj recenzję książki w Internecie, prześlij nam link i wygraj 1000 zł!!!

Do naszego konkursu zapraszamy wszystkich miłośników dobrej polskiej prozy!

Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy napisać recenzję najnowszej książki Olgi Rudnickiej „LILITH”, umieścić ją w dowolnym miejscu w Internecie (blogi, księgarnie internetowe, fora itp.) i przesłać link do tej recenzji do 30 listopada 2010 r. na adres poczty elektronicznej: lilith@proszynskimedia.pl. W e-mailu prosimy podać również swoje imię i nazwisko, adres oraz numer telefonu, a jako temat wiadomości wpisać: KONKURS NA RECENZJĘ KSIĄŻKI „LILITH” OLGI RUDNICKIEJ.

Spośród nadesłanych propozycji jury dokona wyboru recenzji do opublikowania na stronie www.proszynski.pl.

Autor najciekawszej według jury recenzji otrzyma nagrodę główną:
1000 zł!

Wyniki konkursu zostaną ogłoszone 13 grudnia 2010.

Szczegóły na:

http://www.proszynski.pl/WIELKI_KONKURS_NA_RECENZJE_NAJNOWSZEJ_KSIAZKI_OLGI_RUDNICKIEJ_%E2%80%9ELILITH%E2%80%9D-n-412-1_2-.html

poniedziałek, Wrzesień 20th, 2010

„Lilith” – Premiera 21 września 2010 roku

Już od jutra „Lilith” w księgarniach!

„Lilith” – trzymający w napięciu kryminał z wątkami okultystycznymi. Rudnicka, jakiej nie znacie!

Fragmenty powieści:
Lilith uważana jest za królową sukubów, czyli kobiecych demonów, nawiedzających we śnie mężczyzn. Jest uosobieniem seksu, matką wampirów i złych duchów. Inne podania mówią, że porywa małe dzieci i wysysa z nich krew. Do wyobraźni ludzi najbardziej przemawia kobieta kusicielka i dlatego zmarła hrabina w pewnym momencie zaczęła być utożsamiana nie z czarownicą, tylko właśnie z demoniczną kochanką sprowadzającą nieszczęście. W końcu, a to akurat fakt, ród Lipnowskich wyginął. Hrabia i jego brat byli ostatni i żaden nie pozostawił potomka. Ludzi jednak bardziej interesuje to, co mogło się wydarzyć, a nie to, co się wydarzyło. Krew, przemoc i seks sprzedają się od wieków…

Widok bladego, poranionego ciała, splątanych włosów pozlepianych zakrzepłą krwią i przerażenia malującego się w jasnych oczach skulonej na ziemi ofiary wywołał na jego twarzy uśmiech. Przykucnął przed uciekinierką i pogładził ją delikatnie po policzku. Gest był czuły jak pieszczota kochanka. Odgarnął włosy opadające na twarz dziewczyny. W jego oczach błysnęło rozbawienie.
– Jesteś taka słodka… – zamruczał, pochylając się ku niej i całując ją delikatnie w szyję.
Dotknął wargami lodowatej i wilgotnej skóry. Odsunął się i przez chwilę z przyjemnością patrzył na swoją zdobycz. To było udane polowanie. Dziewczyna nie miała więcej niż szesnaście lat. Jej zapewnienia, że dawno skończyła osiemnaście, włożył między bajki już w chwili, gdy się spotkali. Śliczna blondynka o naiwnym, nieco przestraszonym spojrzeniu i szczupłej sylwetce zawładnęła nim bez reszty. Była idealna.

Zapraszam do obejrzenia poniższego filmiku:-)

Powered by WordPress

Blossom Theme by RoseCityGardens.com