Po pierwsze, nie trzymam kartonów pełnych moich powieści pod łóżkiem. Wiem, wiem, niektórzy pewnie uważają, że w pochmurne dni siedzę na klatce schodowej i prowadzę blokową księgarnię, a w ciepłe dni – podwórkową. No cóż. Nie prowadzę. Nie sprzedaję książek. Ja je piszę. Zmierzam do tego, że autor pisze książki, wydawca je wydaje, dystrybucja rozprowadza, a księgarnia sprzedaje. Proste? Proste. Więc bardzo proszę nie wołać na mnie moich książek, bo ich nie mam. Żeby ją komuś podarować musiałabym pójść do księgarni i ją zakupić tak samo jak każdy inny czytelnik. Od wydawcy otrzymuję kilka egzemplarzy na cele promocyjne i na tym koniec (po kilkakrotnym upomnieniu się i zagrożeniu, że kupię je sobie sama, strzelę ogromną fotkę z paragonem w jednej ręce i książką w drugiej, a następnie wstawię na bloga). Więc byłabym wdzięczna za niestawianie mnie w niezręcznej sytuacji i nie domagania się ode mnie egzemplarza powieści. Proszę też nie proponować, że mi się za ten egzemplarz zapłaci. Płatne czy nie płatne, żądanie takie jest nierealne, bowiem nie dysponuję możliwością rozdawnictwa i sprzedaży.
Po drugie, bardzo proszę o zaniechanie domagania się wysłania powieści na e-maila. Tego komentować już nie zamierzam, bo mi ręce opadają. Po prostu proszę tego nie robić, bo nie prześlę. Nawet gdybym mogła, a nie mogę, bo mam pewne zobowiązania, to nie zrobiłabym tego, bo nie chcę. Ktoś kto pracuje chciałby z tytułu swojej pracy otrzymywać choćby minimalne wynagrodzenie. Idźcie do mechanika samochodowego i powiedzcie mu, że autko chodzi jak złoto, uściśnijcie mu rękę, uśmiechnijcie się , podziękujcie i odjedźcie. Ciekawe jak zareaguje?
Po trzecie, proszę nie posądzać mnie o lenistwo. Kiedy mam pomysł, powstają postacie, rozwijają się, zbieram materiał i piszę, kreślę kasuję, piszę. Na początek powstaje coś pośredniego między konspektem a scenariuszem . Zajmuje mi to 2-3 tygodnie i jest to coś co nazywam materiałem roboczym. Potem następuje etap zamiany materiału w wersję roboczą. To jest kwestia miesięcy, kiedy szkielet zaczyna obrastać w tkankę mięśniową i tłuszczową. Piszę fragment po fragmencie, zmieniam, poprawiam, kasuję, a czasami koncepcja mi się w trakcie zmieni i znowu wracam do początku. Wprowadzam nowe wątki i postacie, wyszukuję nowe informacje i zadaję ludziom różne pytania. Czasami jedna scena pojawia się w trzech wersjach. Niczego nie wyrzucam, bo mogę zmienić zdanie i to co skasowałam może okazać się przydatne. Więc wrzucam wszystko w konspekt, który po ukończeniu powieści składa się z trzech różnych wersji i nikt poza mną nie byłby w stanie dojść z tym do ładu. Następnie zaczynam od nowa sprawdzanie tekstu, poprawiam literówki, coś dopiszę, coś poprawię. Koniec. Wersja robocza ma początek, środek i koniec. Wszystko w moim mniemaniu napisane od A do Z. Jak zawsze okazuje się, że moje mniemanie jest błędne. To nie koniec. Redaktor odsyła wersję z listą błędów i poprawek, które poprawiam i wprowadzam, a potem poprawki do poprawek i kolejne poprawki. Kiedy faza poprawek się kończy, otrzymuję wersję do druku. Chcę w tym miejscu zauważyć, że powieść ta jest po korekcie, po obróbce redaktorskiej i wszelkie niedociągnięcia stylu i gramatyki zostają poprawione. Książka, która znajdzie się na półce to końcowy produkt pracy wielu osób. Do tego dodać należy pracę działu graficznego, działu promocji i marketingu, działu handlowego oraz rzeszy osób, o których istnieniu nie mam pojęcia. Dlaczego o tym piszę? Bo gdy znów na pytanie kiedy ukaże się kolejna książka, odpowiem, że za kilka miesięcy, to mam nadzieję, że czytelnik nie spojrzy na mnie z pogardą i nie powie oburzony: – Kilka miesięcy? Ja pani książkę w dwie godziny przeczytałem! Sytuacja taka zdarzyła mi się bowiem w ubiegłym roku i naprawdę nie miałam pojęcia jak zareagować. Czy on naprawdę myślał, że ja piszę książkę dokładnie tyle czasu, ile on ją czyta?!
Po czwarte, nie oczekuję, że moje książki będą się wszystkim podobać, bo nie będą. To oczywiste. Nie rozumiem tylko tego lekceważenia, kiedy mówię, że nie mam czasu, bo piszę, jakby to była zabawa. Nie rozumiem podejrzeń o wymigiwanie się od spotkań pod pozorem pisania. Kiedy nad głową wisi mi termin, to nie mogę powiedzieć, że pies zjadł mi wypracowanie. Moi znajomi wracają z pracy do domu, a ja z pracy …. do pracy. Tak, bo to jest praca. Przyjemność, ale i praca. Wymaga dyscypliny, nauki, czasu. Przede wszystkim czasu. Jak nie wiesz dlaczego, patrz punkt. 3.
Po piąte, mam Internet bezprzewodowy. Wkładam go w kieszeń i jadę sobie … gdzieś. Proszę więc nie wysyłać mi złośliwych sms-ów o treści: – Mówiłaś, że wyjeżdżasz a umieściłaś wpis na blogu. Wiem, że jesteś w domu! No cóż, nie jestem. Kiedy jestem, a nie mam czasu to po prostu to mówię. Wygląda na to, że za cicho, za grzecznie, zbyt małymi literami.
Po szóste, proszę się nie obrażać, że dowiadujecie się o kolejnej powieści z gazet lub Internetu. Nie czuję potrzeby by się chwalić w gronie znajomych. Początkowo fakt wydania mojej powieści wzbudzał spore zainteresowanie. Stałam się czymś w rodzaju miejscowej atrakcji. Opowiadaj, opowiadaj, ciągłe żądania. Co mogłam to powiedziałam, czego nie mogłam – przemilczałam. Ale ile można mówić w kółko jedno i to samo? Po pewnym czasie zaczęłam odpowiadać, że jak zwykle. Nic nowego. Oczywiście, nie mogłam się wykpić tanim kosztem. Brak odpowiedzi prowadził do zarzutu, że zadzieram nosa. Więc zarzucana pytaniami odpowiadałam wciąż na te same pytania robiąc dobrą minę do złej gry, tylko po to by usłyszeć od koleżanki, że nie ma ochoty wysłuchiwać jak to mi się w życiu powodzi. To po co pyta? I jakie powodzi? Pracuję tak samo jak wcześniej, a jeszcze muszę czas na pisanie wygospodarować. Nikt nie chce słuchać, że od trzech dni siedzę przy tym samym zdaniu i poprawiłam je tyle razy, że chce mi się wyć i nie mogę z miejsca ruszyć. Prawda jest taka, że kiedy padam do łóżka z przekrwionymi oczami i tak zmęczona, że nie pamiętam chwili, w której przykrywałam się kołdrą, to bieganie z transparentem po mieście z informacją o kolejnej książce, jest ostatnią rzeczą, o której myślę.
Po siódme, wywiad to wywiad i poza tym co się w gazecie ukaże lub telewizji, nic więcej się nie kryje. Nie mam pojęcia skąd wyobrażenia w gruncie rzeczy nie wiadomo o czym. Wszystkich interesuje kolejny wywiad w gazecie, jak było w radiu, jak było w telewizji. Tak samo jak zawsze. Nie ma o czym mówić. I tak nikogo nie obchodzi, że kamera mnie przeraża do tego stopnia, że krwawe plamy wychodzą mi aż na dekolcie. Pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź, dziękuję, do widzenia. Wszystko. Nic więcej nie ma. Więc błagam, bez tekstów w stylu: – Bo Ty nie chcesz nic powiedzieć.
Po ósme, napisanie książki i pisma do urzędu, to nie jest to samo! Kiedy więc proszę o pomoc w wypełnieniu formularza proszę się nie dziwić, że: – Książki pani pisze, a PIT-u nie potrafi wypełnić?
Po dziewiąte, tak to ja. Ta dziewczyna w adidasach, dżinsach, spocona, z rozwianym włosem, bez makijażu, potykająca się o własne nogi i ciągnąca psa na smyczy za sobą to naprawdę ja.
Po dziesiąte, mam prawo nie wiedzieć wielu rzeczy. To, że piszę kryminał nie znaczy, że posiadam wiedzę policjanta, prawnika, sędziego. Przy każdej książce uczę się nowych rzeczy, nie oznacza to, że jestem ekspertem. Nie jestem członkiem Mensy i nigdy nie będę. Jestem zwyczajną dwudziestodwulatką, która lubi pisać, jeść, tańczyć i jeździć konno.
![lilith[1]](http://rudnickaolga.pl/wp-content/uploads/2010/09/lilith13-189x300.jpg)
